W mrocznych czasach osłabionego komunizmu, czasach gdy telefony mieli wybrańcy sekretarzy, pobiegłem na pocztę na Małachowskiego , zadzwonić do ówczesnej bieżącej narzeczonej. Narzeczona była z Gdyni, a jej mąż był marynarzem na linii dalekowschodniej.
Czekałem cierpliwie na połączenie, gdy weszła pani w środkowym wieku, w futrze i z dwoma walizami. Bo to było na poczcie przy dworcu. Paniusia , na oko z nienajdalszego wschodu. W ustach szparkasa złotych zębów. Postawiła walizy i przemówiła:
- Brest proszu.
Okienko „zamówiło” rozmowę.
- Czekać proszę. Do dwóch godzin.
Paniusia z nudów wspięła się na pocztowa wagę. Futro przewiesiła przez ramię (by nie zafałszować wskazań dobrobytu). Waga niestety była tylko do piętnastu kilogramów. Wskazówka trzasnęła o odbój jak zderzaki pociągu przy zestawianiu składu. Tarcza wagi była zwroócona w stronę kasy. Paniusia dostojnie obiegła ladę (dostojnie obiegła), ale te stare wagi nie miały pamięci.
Podejrzewając że wzbudza wesołość, schowała się do jedynej wolnej kabiny numer osiem. Telefonistka może krosować rozmowy dowolnie. Kabina osiem była zablokowana przez bratnią damę (w zasadzie siostrzaną).
Po około godzinie głośnik złośliwie zapowiedział: Brześć łączę – kabina cztery.
Wasz kot LdV w podrozy do konca swiatła.
być może