Demoniczna morda Drakuli

Musiałem wczoraj  zejść do undergroundu. Z powodu Drakuli.

Nutkę tą dedykuję Charmee i Jędzy zamiast jaj. Swiątecznych. Dzielę z nimi, ( Jędza i Charmee, a nie  jajami) oraz paru przyjaciółmi pokój “Toteramy” i mnożę sukcesy, które odnosimy. To znaczy: one piszą recenzje - po moich zachętach do pisania,  bo są leniwe - odnoszą je do mnie, a ja je mnożę, zmuszając rodzinę i bliskich do czytania. W ten sposób osiągają  średnio tysiąc wejść na nutkę( http://toteramy.wordpress.com).

No, ale nutka o Drakim:

Wczoraj Draki ze spaceru przyniósł młodego liska . Lisek był częściowo nieżywy, taki lis Schroedingera. To znaczy gdy otwierał ślepia i widział nad soba twarz Drakuli, natychmiast tracił entuzjazm powrotu do realu i znowu drętwiał w statystyce.

W pierwszej chwili się ucieszyłem. Nie wiadomo ile ta zima potrwa. Czapka z lisa komponowałaby się  z popielicami Toli. W drugiej przypomniałem sobie, że lisek może być wściekły, choć mnie się wydawał zniechęcony. Zadzwoniłem do przychodni “dla malych zwierząt”.

Halo! Mam dwa zwierzaki do zbadania. Jeden zdrowy i jeden chory.

Czy to duże zwierzęta, czy małe?. Bo to lecznica małych zwierząt.

Lisek mały, a pies duży - jakieś 30 kilo.

To też małe zwierzę - rzekł lek. wet. i trochę mnie wkurwił.

A czy miś to duże czy male zwierzę?  - zapytałem chytrze.

Duże.

A miś koala ?

Koala to torbacz, a nie miś - odrzekł i wkurwił mnie jeszcze bardziej.

Dobrze, to co mam robić z tymi małymi zwierzętami? - poddałem się.

A co się stało?

Mój mały pies przyniósł ze spaceru trochę zagryzionego liska.

Proszę natychmiast przywiezć zwierzęta.

Nie bardzo wiedziałem jak to zrobić, skoro jedno mogło być chore, ale sprawa rozwiązała się sama. Po otwarciu bagażnika, Draki porwał liska i wskoczył do środka.

Godzinka jazdy i byliśmy u lekarza małych zwierząt.  Po drodze Draki chyba dodusił liska.

Lekarz spojrzał na oba małe zwierzęta i orzekł że lisek nie żyje. Z psem zaprosił mnie do gabinetu. Podałem jego asystentce  pass psa, Pies był szczepiony przeciwko wszytkim draństwom: celuloza, celwiskoza,cellulitis,  koklusz, szkarlatyna. No wszystko.

Mimo to lek. wet. zadecydował: uśpimy psa.

Może pan uśpić swoją asystentkę.  Mengele  -  pomyślałem

Nie wpadłem na to, to moja żona, ale i tak nie mam uprawnień, jestem lek.wet. a nie lek. med.

Jeśli Pan spróbuje dotknąć to biedne małe zwierzę, zrobimy panu z tego nowoczesnego gabinetu “jesień średniowiecza” zacytowlem Tarantino .

Dobrze - rzekł lek. wet. - zbadamy lisa, a pies zostanie na kwarantannie.

Drakiemu -  który moje nastroje wyczuwa lepiej od Toli  - zabulgotało w gardle i stanęła grzywa na karku. Jeszcze chwila i lek. med wraz z żoną sami będą musieli się poddać kwarantannie.

Draki idziemy - uprzedziłem nieszczęścia.

A rachunek? - lek. wet. pamietał z czego żyje.

Pan uszyje sobie laczki z lisa i jesteśmy kwita.

Wasz K.L.daV. w podróży do końca światła.

Ps. Ponieważ jestem w podziemiu do po świetach, piszę z internet cafe.  Dopóki mi Tola nie przywiezie laptopa. Dlatego proszę Charmee i Jedze by postepowały z banerami .

Ps2. Valmoncie, tematów dostarcza życie, a jest jeszcze szafa Lesiaka.

K.L.daV.

Opublikowany w: on marzec 20, 2008 at 8:33 przed południem Komentarze (14)

Nekrolog a zgon. Zależność odwrotna

Nekrologi bywają przyczyną zgonów. Nie ujętą w statystykach. Przypadki odwrotne są odnotowywane, choć nie mają cech niusów. Powinno być wręcz przeciwnie.

W czasach gdy we Wrocławiu były dwie gazety codzienne i jedna popołudniówka, bywałem często w klubie dziennikarza na Swidnickiej, naprzeciw PDT. Dwie gazety codzienne i ta popołudniówka zamieszczaly dokładnie te same treści, za wyjątkiem stopki redakcyjnej. Rożnily się tytułami, rozkładem graficznym i wytłuszczeniami innych akcentów.

Nie miało to wpływu na jakosc dan w klubie i ceny. Jedzenie bylo dobre i tanie.  Reżim dbał o tubę. Wodeczka lała sie jak bystrzyny w czasie powodzi 97.

Towarzystwo nierzadko o przekonaniach wrecz przeciwnych  do sygnowanych przez się notek, integrowało sią interredakcyjnie.

Miałem tam kilku inteligentnych,  i złosliwych kolegow. Po jednym z upojnych wieczorow postanowili zrobic ryzykowny kawal jednemu z przyjacioł -   chwilowo nieobecnego -  chorego z rozpoznaniem: “toxicosis alcoholica chronica”( nie cronica).

Zamiescili  gustowny nekrolog od wdziecznych kolegow, w dostepnych gazetach.

W dzień później na kolejnym posiedzeniu w klubie ktos podsunał strutemu Zbyszkowi aktualny numer z ciepłą jeszcze klepsydrą.

Zbyszek wpadl w szał. Pomijajac uregulowanie rachunku, szatnie, wypadl z klubu  i machajac rekami jak wiatrak holenderski pobiegł do PDT po flaszke. Niestety bylo czerwone światło na przejsciu.

Zbyszek wpadl pod  samochód.

Wasz K.L.daV. w podróży do końca światła.

Opublikowany w: on marzec 15, 2008 at 10:16 przed południem Komentarze (3)

Toteraja o Toteramy

Objawił sie nowy blog, który był wynalazkiem Charmee. Charmee do wynalazku dopisała Jędze, co bywa częstym trickiem wynalazców.

Chodzi o to by niepowodzenie podzielić solidarnie. Zapominaja ze jesli powodzenie im zagrozi, równiez muszą się dzielić.

No i stało się.

Niebywały sukces  ma dwóch ojcow, czy też matki, a być moze nawet rodziców dymorficznych płciowo

Osiagaja po 500 - 600 wejsc na posta, i mnostwo komentarzy. Zawdzieczaja to wylacznie uwaznemu czytaniu Waszych wydzielin i zdystansowanej ocenie ich wartosci, Sukces juz osiagnely, bede uwaznie obserwowal czy go utrzymaja.

Nie pomoze i nie zaszkodzi zaden komentarz zawistnikow, zaden komentarz klakierow

Wasz K.L.daV.

Opublikowany w: on marzec 14, 2008 at 4:23 pm Komentarze (4)

Celebra cmentarna.

W r. 1982 pogodnie i bezboleśnie zmarł mój ojciec po dotknięciu czwartego zawału.Rzecz sama w sobie dla osób postronnych banalna. Rokrocznie umiera górka ojców osierocając jeszcze większa gorkę rodziny. Niebanalny był pogrzeb.

Tato był wysokim oficerem reżimowym WP. Może nie aż tak wysokim że jak wrzucał to kucał, jednak dowództwo garnizonu zadecydowało o splendorach, Alei Zasłużonych, orkiestrze i kompanii honorowej. Warunek był jeden: żadnych ksieży i koscielnej celebry.

Dla sióstr Ojca- a moich mohairowych ciotek - było to obelgą. Z drugiej strony kompania honorowa była bardzo pociągajaca . Przewrotne ciotki-powinienem napisac “obrotowe”- zorganizowły konspiracyjnie (mialy przeszlosc styropianowa)kondukt dodatkowy. Orkiestra grała marsze patriotyczne, ksiadz zawodził ekumenicznie, cioki łkały chwytająco za serce. Publiczność zadowolona z pojednania narodowego(1982r.) pogodnie stepowala alejkami, jedni w rytmie rzadowym, inni w rytmie chorałow.

Schody zaczely sie przy grobie. Okazał sie zbyt krótki.Tato był jednak wysokim oficerem.

Dwóch cieci z ostrego cmentarnego dyżuru po ustaleniu zaplaty, chyżo zaczęlo dopasowyac ruchomość do nieruchomości. Pomiar robili na stopy, ten z prawej chyba jednak mial wieksze obuwie, bo dół mial kształt trapezu. I rzeczywiscie zmierzył ze lewa strona jest o stope krotsza, natomiast ten z lewej ze prawa jest  o stope dłuzsza. Zaczęli wyrównywać. Był grudzień, ziemia zmarznięta, żolnierze zmarznieci, nawet skóra na werblach miala cieńszy pomruk.

Kolejność mów zostła ustalona przez ciotki ze wskazaniem proboszcza,więc oficiele obrażeni z mów zrezygnowali.

Jeden z kopaczy (konflikt miedzy administracja dusz, a administracja doczesną) szturchal złosliwie zolnierza w prawym dolnym rogu  łopata pod kolano, przy kazdym oproznieniu szufli. Zołnierz wykonywał zgrabny dyg, usilujac zahaczyc gnoja bagnetem. Ciec byl czujny.

Posunal sie jednak o jeden szturch za daleko. Zołnierz zgrabiałym palcem pociagnal za spust i rozległ sie wystrzal. Pozostała czesc kompanii uznala ze przegapiła komende i tez po chwili wystrzeliła. Dowodca kompanii przytomnie uznał ze pozostale dwie salwy należy wykonac natychmiast, ale że byl przyzwyczajpny do trzech więc zarzadził też trzecią, a wlasciwie czwartą. Niestety wojsko mialo tylko po trzy ładunki, wiec po “pal “nastala cisza.

Po zrobieniu pamiatkowych fotek, wojsko udalo sie do koszar, a celebranci na stype.

Ciotki byly zachwycone.

Wasz K.L.daV. w podrozy do konca swiatła.

Opublikowany w: on luty 25, 2008 at 9:40 przed południem Komentarze (11)

Rollercoaster. Droga przez swięta

Uczestniczyłem w procesie integracji z Europą jako turysta pracujący.  Dostarczałem rozrywki strażom granicznym wielu krajów Europy. I policji.

W roku 199. ,  w grudniu pojechałem do Polski  BMW728 -  na które nie było mnie stać - więc zabrałem trójkę pasażerów i psa.  Jeden z nich miał z polską policją do tyłu, więc pojechałem przez Austrie i Czechy. Kolega i pies wysiadali po czeskiej stronie. Miał tam lokalną narzeczoną(kolega, pies nie miał). Reszta jechała dalej.

Schody zaczęły się na przejściu. Był środek nocy. Wyszedł do nas czeski strażnik. Podałem mu wszystkie dokumenty razem. Strażnik długo wertował, wreszcie znikł w budzie. Po pół h wrócił z kolegą i dwoma polskimi strażnikami.

Który z panów jest Mordka ?

Spojrzeliśmy po sobie zdumieni. Zaden nie był Mordką.

Może panowie sądzą że Mordka to ja? Błysnął  ascetycznym  dowcipem strażnik.

Ugryzłem się w język,  już miałem powiedzieć że on to raczej Morda jest , ale opatrzność czuwała, więc powiedziałem że ani trochę. Też mu się nie podobało,  zaczęli nerwowo poprawiać kabury.

I wtedy mnie olśniło. Słowo “mordka” przywołało wizje psa, a ona jego pana.

Na przejściu czesko-austriackim zamieniłem paszport mój z paszportem kolegi. Teraz kolega robił za mnie. W myślach zacząłem już ubierać świąteczną choinkę na lokalnym komisariacie. Lapówka nie wchodziła w rachubę (ładna fraza - łapówka wchodząca w rachubę) bo przecież będę musiał wracać do Niemiec po Nowym Roku.

Długo tłumaczyliśmy sytuację. To co nam wydawało sie schabowym prawdy w panierce pozorow, strazy granicznej wydawało sie mdła bułką łgarstw na soczystej frankfurterce przestepstwa.  Ale sie udało. Też woleli szopkę regionalną. Nakazali zawrócić i odnaleźć kolegę.

Pojechalismy do . . . .  szukać  faceta. Odnalezienie domu było proste,  to był hotel pielęgniarek. Akurat dwa piętra, po jednym na twarz. Ja poszedłem na parter. Piguły przyjmowały nas życzliwiej niż kolędników, ale kolegi i psa nie było. W tym momencie miałem pierwszy zawrót głowy, jak na rollercoasterze. Od samego wyobrażania policyjnych convejerów robiły się siniaki.

Ratunek przyniósł pies. W drodze sympatyzowaliśmy i teraz zaczął szczekać radośnie. Nie pomogły próby mobbingu stosowane przez kolegę. To był duży pies, a my za chwile byliśmy pod drzwiami.  Kolega otworzył, szczęśliwy że to nie policja. Po chwili miałem pass i byliśmy w drodze powrotnej. Na granicy strażnicy rozpoczęli wigilie. Godzinka i ulga w progu domu, witany przez szczęśliwa narzeczona?

Gówno prawda. Powitał mnie sublokator w mojej pidżamie  i bamboszach. Przyjechałem w wigilie, a miałem w pierwszy dzień swiąt. To był drugi rollercoaster.

Nie upierając się przy zwrocie pidżamy, wyautowałem sublokatora. Ale o ciągu dalszym horroru Swiąt i Nowym Roku w następnej nutce.

Wasz Kot Ld´V w podróży do końca światła.

Nutkę tą dedykuję nielotom, kurom i perliczkom.

Więc godność osobistą zachowałem poświecając flanelową pidżamę. Zenka  - tak miał na imię sublokator -  męska uroda poznaczona bliznami po ospie,  porami niegdysiejszych wągrów i spuchnięta po długim braku dializy zaleconej przez urologa niewiele się zmieniła.Szcześliwy Yago  -  któremu strząsnąłem sen z powiek -  ulotnił się w drodze przez przedpokój do łazienki z moich bamboszy, nie żegnając Desdemony.

Z Beatą (Desdemona)  usiłowałem  dojść do porozumień, ale wydawała dźwięki godne Teresy Zylis - Gary w IV akcie  Otella.

Rano wcześnie poszedłem do auta zniechęcony i nieszczęśliwy. Auto było otwarte i okradzione ze wszystkiego co nie było zanitowane na stałe.  Zenek zdobył prezenty dla Beaty, rodziny i przyjaciół. Mnie ratował portfel i siła spokoju.

Pojechałem na policję. Jedyny policjant wydawał się być znużony wigilią.

Dzień dobry. Chciałem zgłosić okradzenie auta.

I co? Sądzi pan że to ja panu auto okradłem?. Wiedziałbym o tym.

No nie, auto stoi - zasugerowałem że ukradłby wszystko.

Więc proszę przyjść jak pan będzie wiedział kto.

Ja wiem kto - nie dawałem za wygraną.

Nie mówiłem że pan ma przyjść natychmiast, proszę przyjść po świętach . Widzi pan że mam dużo pracy.

Nie widziałem, ale wolałem nie ryzykować spędzenia pierwszego dnia świąt z tym gburem.

Odłożyłem sprawę na dwa dni i pojechałem  do kuzynki rezerwowej.

Kuzynka przyjęła mnie z radością i 22 letnią córką.  Trochę były rozczarowane brakiem suwenirów, ale wyjaśnienia uznały za wiarygodne, choć podkoloryzowane.

Odprężony i w lepszym nastroju oczekiwałem drugiego dnia świąt.

Zbyt pośpiesznie. Ale to na IV zawrót głowy, w następnym odcinku.

Wasz K.Ld’V

Senny i syty pierwszy dzień świąt uśpił moją czujność. Ela wypadła z pierwszej ligi kuzynek  z powodu męża. Męża przeniesiono z linii dalekowschodniej na skandynawska i pielęgnowanie rodzinnych zwiazkow było trudne. No ale akurat w wigilie odcumowali z turystami na rejs noworoczny. Miałem szczęście?Gówno prawda.

Tuż po północy sekwencja hałasu zamka przy drzwiach, klamki, walenia pięscią przypomniała o moim pechu świątecznym. Gdy z kuzynką doszliśmy do wniosku że otwieramy, Bronek już nas witał po wrzuceniu cegły przez okno. Rejs został odwołany z powodu sztormu. To był czwarty zawrot głowy.

Musiałem się fraternizować z majtkiem . Antologia ludowych mądrości z rodzaju: “nie rób innemu” czy  ”nosił wilk” nawet mi się przez myśl nie przewinęła. Po powierzchownych uprzejmosciach pożegnałem kuzynostwo i pojechałem do byłego szwagra Roberta, ktorego rodzice popłyneli w rejs noworoczny na Cube.

Były szwagier przywitał mne serdecznie i zaczelismy drugi dzien swiąt w rodzinnym nastroju. Planowaliśmy zmontowanie Sylvestra  u szwagra. Miał duże mieszkanie i zapasy na miesiac. Ale o tym w piatym zawrocie głowy, a bedzie szesc.

Wasz Kot Ld’V  w podrozy przez święta.

Nutkę tą dedykuję Mili , Agonii, Witch, Jezorowi i Wrazi.

Mogłem więc sądzić że święta spędziłem. Teraz trzeba było się przygotować do pędzenia Sylvestra.  Formalności policyjne odłożyłem do nowego roku. Sylvestrową załogę kuzynek o dużej sile przetrwania zwerbowalismy nie bez trudu. Wymagania mieliśmy ze szwagrem ustalone wczesniej. Dołaczyło dwoch szwagrow. Niekonkurencyjnych.Bankiet napedzał sie sam,  muzyka brzmiała, alkohol sie lał, kuzynki dojrzewały. Dojrzałe były zrywane.

Zmeczeni i szczesliwi nad ranem spoczelismy. Gdzie kto mogł. Bardzo zle wybrał miejsce szwagier.

Łazienka była zajeta przez kuzynostwo, więc zamiast do zlewu jak prawdziwy męzczyzna, usiłował wysikac sie przez okno. No i wypadł. Mieszkał na parterze. Niby nisko. Znalezlismy szwagra rano, wtulonego w białę podusie puchu snieznego. I ze złamana spiralnie ręką. Lekko juz sztywnego. Wezwalismy karetke.

Zanim karetka przyjechała, w łazience odkrylismy ze kuzynostwo jest nieprzytomne. Nie od trunkow. Zatruli sie gazem z junkersa, albo dwutlenkiem. Albo jednym i drugim. Mogli sie jeszcze utopic, ale to juz byłaby przesada i dranstwo.

Obsada karetki zadowolona z naboru pacjentow i dwoch flaszek zytniej, powiozła nieszczesnych na pogotowie.

A ja piąty zawrot głowy zacząłem zwalczac chivasem, by płynnie przejsc do szostego i ostatniego. nie licząc epilogu.  O tym w następnej nutce.

Wasz K.L.deV.  w podróży do nowego roku.

Po odebraniu szwagra ze szpitala i intensywnym uśmierzeniu jego bólu, dzień spędziłem na policji. Ten sam policjant też był starym rokiem zmęczony, poznałem po jadowitym oddechu.Aa, znowu wy?.

Obejrzałem sie, sądząc że szwagier się za mną przywlókł, ale byłem sam.

Tak, mowił pan żebym przyszedł po nowym roku.

No to ma pan jeszcze prawie 12 miesiecy czasu - policjant wykazywał sie poczuciem humoru zbolałym od kaca. Wie pan kto mogł pana okrasc?

Wiedziałem już poprzednio jak tu byłem - odparłem.

Taaaak? Wyciągnął jakieś arkusze i zaczął wypełniac.

Proszę opisac zdarzenie.

Gdybym mogł opisaś, to sam bym to załatwił. Nie byłem swiadkiem.

No to skąd wiecie kto was okradł, a?

Zaczynałem znowu czuć sią jak na rollercoasterze. Musiałem opisać cały proces rogowacenia. Policjant zmiękł wyraźnie i współczujaco. Moze żona też go zdradzała . Na pewno. Nawet miał dziwną satysfakcję w oku i pożądał szczegółów w jakis masochistyczny sposob. Ba, zatarł rece i rzekł: złapiemy skurwysyna. Bardzo osobiscie to zabrzmiało.

Podpisałem protokół, pożegnałem stroża prawa(też współczująco) i pojechałem do Wrocławia.  Dzień upłynął na odświeżaniu kuzynek. Zleżałe i zapomniane kuzynki zajęły mi parę dni. Nawet Ania wymagała mopa po długim niewidzeniu.

W planie miałem wyjazd około ósmego do normalnosci, do Piechowic i powrót do Niemiec.

Ale o tym w epilogu.

Wasz Kot LdeV w podróży.

Rano w dniu wyjazdu musiałem jeszcze parę miejsc we Wrocławiu odwiedzić, a czułem się zaosłabiony (nie poprawiać). Za zakrętem  z ulicy Kołłątaja w Rejtana postawili przystanek autobusowy “A”. Pojechałem na pamięć.Nowy Polonez przede mną zdążył wyhamować, a ja zapominając depnąć po hamulcu (miałem ABS), wykręcałem, zabierając mu kawałek bagażnika i lewych świateł. Polonez skoczył na autobus jak Gołota na Lewisa. Z tym samym efektem- skasował sobie przód.

W moim aucie prawy reflektor świecił w niebo. Policja po przybyciu obwąchiwała mnie jak żona męża po delegacji.

Proszę dmuchać w ten otwór - wyciągnął gwizdek do dmuchania.

Nie opowiem co było dalej, bo nie wiem czy sprawa jest zamknięta. Facet z poloneza wysiadł zapłakany. Auto marzeń odebrał przed dwoma dniami z Polmozbytu. Koszt naprawy mojego wyniósł 6800DM. Z kasy  ubezpieczenia.

Po wizycie na komendzie, podpisaniu protokołu i przekonaniu policjantów o korzyściach  wynikających z posiadania prawa jazdy przeze mnie, kupiłem flaszkę doppelt hertzu ( 17%) i pojechałem do Piechowic.

W hucie Julia kupiłem tanio parę kryształów dla znajomych. Na drugi dzień rano, wzmocniony doppelt hertzem byłem na przejściu w Zgorzelcu. Czekałem cierpliwie w kolejce. Straż nie miała zastrzeżeń,a celnik podszedł jak do kolczastego gangstera.

Coś do oclenia?

Nic - zapomniałem o zakupach.Kryształy w firmowych opakowaniach leżały z tyłu na siedzeniu.

A to, to co to jest?

Kryształy.

Wasz Kot Leonarda da Vinci w podróży do końca światła .

P.s. O 16.00 byłem we Frankfurcie. O 24.o0 wypaliłem ostatniego papierosa pod kieliszek doppelt hertzu. Nigdy więcej opery, papierosów i doppelt hertzu. Wycieczka była więc udana.

Opublikowany w: on styczeń 30, 2008 at 11:32 przed południem Komentarze (2)

Securitade

Nie taka straszna. Nasza i nie polityczna, a także niepolityczna.

W niedzielę poszedłem do hypermarketu - może zresztą był super - po wkładki do butów. Pod choinkę. Wybór, kolejki, napięcie grożące wyładowaniami - wszystko ogromne. Kupiłem wszystkim po flaszce. Toli flakonik YSL, domniemanemu szwagrowi - wodę kolonską w litrowej flaszce dla tanich zakładów fryzjerskich, żonie szwagra domniemanego - płyn kąpielowy. Sobie - flaszkę litrową teqili i nowe kapcie, szwagier chyba w nich pięty przydeptuje.

Przy wyjściu wyprzedziła mnie pani w futrze z pełnym wózkiem i piskiem gum na zakręcie. W następnej chwili usłyszałem brzęk szkła, huk, zgrzyt metalu, krzyki. Oczami wyobrazni ujrzałem zmasakrowane zwłoki, a uszami wyobraźni usłyszałem szum płynącej krwi. Wyobraznię mi trochę poniosło.

Za zakrętem leżał duży wózek zakupowy, dookoła mnóstwo delikatesów i wkłady do podchoinkowych bamboszy. Z wypasionego audi8 wysiadł podobny audi pan, spojrzał z niesmakiem na pogięty przód i zajrzał pod auto w poszukiwaniu właściciela indyczych piersi, karpia lustrzanego, wódki koszernej, itd. Nikogo nie było, więc dżentelmen zaczął zbierać wysypisko do wózka lekko tylko pogiętego. Błąd.

Spoza zakrętu wypadli dwaj panowie w czarnych wdziankach, kroju wskazującego na modnych ochroniarzy. Facet został po gimnastyce rozluzniającej stawy zakuty w kajdanki i przymocowany do wózka. Ochroniarze zajęli się zbieraniem dowodów jego przestępstwa - jak mniemali - do wózka. Hałas kibiców był chyba zbyt duży by słyszeli wyjaśnienia.

Po chwili przyjechała policja. Zdjęła draniowi kajdanki i oddała ochroniarzom(kajdanki, nie drania).

I co dalej?

Zgadliście. Zakuli faceta w swoje. Tłumaczenie że nie mógł jednocześnie prowadzić auta i pchać wózka uznali za niewiarygodne, a fakt że nie odniósł przy tym obrażeń pogrążył go całkowicie . Audi pojechał policjant, facet oplem(policyjnym), ochroniarze wózkiem zakupowym, kibice czym kto mógł.

Na parkingu zostało futro.

Wasz Kot Ld’V w podróży dookoła światła .

Ps. Wszystkiego dobrego i do poczytania w Nowym Roku.

Opublikowany w: on grudzień 31, 2007 at 9:28 przed południem Komentarze (10)

Mineralna v. źródlana.

Mam ją piętnaście metrów od drzwi. Zródlaną mam. Mineralizuję ją na balkonie. Też możecie to robić.

W pobliskim źródełku cieknie sobie woda. Zródło jest zdrenowane do jakiejś rury. Autochtoni - półgórale mieszanej marki(Czesi, Słowacy, Slązacy) nabierają tu wodę do konsumpcji. Woda smakuje wodą, to znaczy nie ma smaku. Pyszna herbata z tej wody. Ciekawość zaprowadziła mnie do podobnych rur drenujących mur oporowy pobliskiej szosy, a dociekliwość do wylania flaszki atramentu w pobliżu.

Zgadliście.

Z szanowanego źródełka pociekła błękitna aqwa. Piliśmy wodę z sączków odwadniających szosę. No trochę przez grunt przefiltrowaną. Tubylcom do odkrycia się nie przyznałem, a woda po kilku dniach przestała sie nadawać do pisania.

Byłem mocno rozczarowany, odkryłem jednak że na moim balkonie na pierwszym pietrze, przy mrozie tworzą się sople. Gdzieś się coś ze ściany sączyło. To była rura z instalacji sąsiada z góry. Nawierciłem delikatnie otworek i wydajność źródła nowego wzrosła. Woda nie jest już tak smaczna(może to kanalizacja), ale za to od razu chlorowana i mineralizowana po przepływie przez mury.

Jedyne zmartwienie, to fakt systematycznego wzrostu wydajności źródła i spadek ciśnienia w sieci.

Zastanawiam się nad komercjalizacją źródła, zanim administracja zamknie dopływ, a mnie wyśle w drogę powrotną do Niemiec.

Wasz silnie utalentowany kot Ld’V.

Nutkę dedykuję Milarytce, która szuka pomysłu na oszukanie bezrobocia.

Opublikowany w: on grudzień 17, 2007 at 9:38 przed południem Komentarze (4)

Wyzwól mój umysł od niekończącego brnięcia w szczegóły i daj mi skrzydeł bym w lot przechodził do rzeczy.

Panie, Ty wiesz lepiej aniżeli ja sam, że się starzeję i pewnego dnia będę nieznośnym nudziarzem.

Zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek.

Uczyń mnie poważnym, lecz nie ponurym, uczynnym, lecz nie narzucającym się.

Nie, “uczynnym”  Panie pomiń.

Ty Panie wiesz, że chciałbym zachować do końca paru przyjaciół.

Zamknij mi usta w przedmiocie mych niedomagań i cierpień, w miarę jak ich przybywa, a chęć wyliczania ich staje się coraz słodsza.

Nie proszę o łaskę rozkoszowania się opowieściami o cudzych cierpieniach, ale daj mi cierpliwość wysłuchania ich .

Nie śmiem Cię prosić o lepszą pamięć, ale proszę Cię o większą pokorę i mniej niezachwianą pewność, gdy moje wspomnienia wydają się sprzeczne z cudzymi. Użycz mi chwalebnego poczucia że mogę się czasem mylić.

Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać. Nie chcę być świętm, ale zgryźliwi starcy to szczyt osiągnięć szatana.

Daj mi zdolność dostrzegania dobrych rzeczy w nieoczekiwanych miejscach i niespodziewanych zalet w ludziach.

Dziękuję Ci Panie za łaskę mówienia im o tym (…)

Modlitwa ta znajduje się przy grobie św. Tomasza w Tuluzie.

Ps. Zaglądał mi w oczy, czy co? Zdumiewa ponadczasowością i celnością trafień w słabe miejsca moje .

Wasz Kot Ld’V w podróży do końca światła.

Ps2. Ta nutka mogłaby być ładną puentą mojego epizodu z WordPressem.

Ps3. W zwiazku z licznymi podejrzeniami o nieautentyczność tej modlitwy, pokornie proszę o wybaczenie mojej niedoskonałej łacinie i słabemu oświetleniu na cmentarzu.

Kot Ld’V

Opublikowany w: on listopad 20, 2007 at 11:28 przed południem Komentarze (9)

American Staffordshire Terrrier Dracula & Gyrinocheilus Aymonieri. Koniec Zlotej Rybki

Draki, skacząc z niewygodnej pozycji, nie trafił na gardło zielonego, ale pourywał mu guziki. Kątem oka dostrzegł rybkę wachlującą się ogonem, a szczerze jej nienawidził. Rybka była juz nie do odzyskania. Mniejsza o lizojada, choc Tola dostała spazmow. Czarno widziałem przyszłość Drakiego. Wszystkie słuzby na swiecie nienawidzą tej rasy jak Draki rybek.

Sprawa stała się mocno skomplikowana. Czy należało teraz wziąć na kwarantanne psa, czy zeżarcie rybki nie było próbą zatarcia dowodu proby przemytu?

Ryk śmiechu niemieckich celnikow otrzeźwił nasze słuzby i po sporzadzeniu notatki podniesiono szlaban.

W czwartek dostałem pismo żądające wyjaśnienia zajścia.

Poczytajcie moją odpowiedź.

Uprzejmie informuję że w dniu itd., funkcjonariusz strazy granicznej wdarł sie bez uzasadnienia do mojego auta, czym doprowadził do śmierci glonojada syjamskiego, o wartosci znacznie przekraczajacej wartość rynkową z uwagi na przywiązanie mojej rodziny do wieloletniego przyjaciela jakim była. Brutalne wtargniecie spowodowało atak mojego spokojnego zawsze psa, w obronie miru domowego ogniska i złotej rybki. Rybka została zjedzona dla skrocenia jej mączarni przez psa marki Amstaff, imieniem Dracula.

Odrzucam kategorycznie wszelkie roszczenia dotyczące zniszczonego munduru nieodpowiedzialnego urzędnika i rezerwuje sobie prawo do żadania odszkodowania za rybę w wysokosci kosztow jej siedmioletniego utrzymania i ceny rynkowej, oraz szklanego dziesieciolitrowego akwarium.

Wasz Kot Ld’V w podróży do końca światła.

Nutkę tę, nieznacznie fabularyzowaną, dedykuję Małgosi (link obok), która jak Amstaff wdarła się do czołówki piszących w WordPress i mam nadzieje że tam pozostanie powodując krzywy zgryz kolżanek .

Opublikowany w: on listopad 18, 2007 at 10:44 pm Komentarze (3)

American Staffordshire Terrrier Draculla. cd. Złotej Rybki

Szlifowaliśmy więc niemieckie 560 km autobahnu od Ffm do Jędrzychowic, radosnie oczekując przekroczenia granicy. Rybka zawijała złotym ogonem, Draki zawijał czarnym, ja nie zawijałem bo musiałem koncentrować się na drodze. Tola nie miała czym zawijać. Prócz jęzora natürlich. Kolejki na przejsciu nie było, podjechaliśmy pod ten kiosk straży i celnikow.

Niemieccy urzednicy grzecznie poprosili o dokumenty i po chwili podali polskim. Auto było zapakowane po antene GPS i boczne drzwi były zablokowane, aby dorobek życia nie wypadł.

Coś do oclenia? - zapytał polski celnik.

Nic - odpowiedziałem nie kłamiąc od dłuższego czasu.

Dokumenty zwierzat proszę.

Ma pan w ręce.

A ryby?

Szczęka mi opadła i sam zrobiłem karpia.

Musimy zwierze zatrzymać

Tola zbladła, bo była ze “zwierzem” emocjonalnie silnie związana( gdybyscie mieli przyjaciela,ktorego karmilibyscie latami, wyprowadzali na spacery, tez bylibyscie zwiazani), Złota nigdy nie przerywała jej monologów.

Musimy ustalic długość kwarantanny, przeprowadzić badania. Koszty poniosą państwo.

Teraz zbladłem ja

Proszę otworzyć drzwi. I bagaznik - dodał

Pociągnął za klamkę i złota rybka popłynęła na jego spodnie wraz z zieloną wodą, a moj amstaff zdenerwowany, skoczył mu do gardła.

Ciag dalszy nastąpi. Nie chcę was zanudzać ponad miare.

Wasz Kot Ld’V w podrozy powrotnej.

Ps.Nutke dedykuje Agnii, Sol, Witch, Zuzi . kolejność bez znaczenia

Opublikowany w: on listopad 14, 2007 at 9:58 przed południem Komentarze (9)