Jedyna prawdziwa wersja.

Podana przez K.L.daV. wersja zdarzeń ma sie tak do prawdy jak scenariusz filmowy do protokołu sądowego. Korzystając z prawa do sprostowania przedstawie wam wersję zdarzeń znaną mnie ,Bogu i milicji.

K.L.daV. poznałam gdy jeszcze nie był K.L.da Wałem. Sterczał smętnie na pomoście basenu w Giżycku z kolegą. Kolega zajęty był szukaniem wągrów w lusterku z Marylin Monroe, a mój przyszły “zdobywca” wodził wzrokiem po licznych panienkach bez przydziału, marząc o wyuzdanych kurwach i delikatnych dziewicach w jednym.
Postanowołam wziąć jego sprawę w swoje ręce. Opisywać banalnego dialogu nie będę. Ustaliliśmy wycieczkę łódką mojego taty po lilie wodne(nymphaea), bez kórych cudnego widoku życie jest nic niewarte. Uwierzył.
Tata łódż dał niechętnie, znał ratownika jak zły szeląg z kłusowania kuszą po okolicznych jeziorkach.
Popłynęliśmy w szuwary.
Wielbiciel był spięty taki, że fiuta spomiędzy pośladków nie mogłam mu wyciągnąć, takie miał zaciśniete. Ale się udało.
Sutki wystrzeliły mi powyżej burty łódki. Mięśnie brzucha dostały gwałtownych skurczow, a między udami zaczęłam odczuwać doskwierającą niewygodę braku czegos uzupełniającego. Moj ratunkowy nie radził sobie z wypełnieniem luki i powinności. Jęcząc z niecierpliwości pomogłam mu. I w tym samym momencie poczułam spazmy obkurczania pochwy. On natychmiast strzelił jądrami kilka razy po moich pośladkach, wydając odgłos wyciągania nóg ze szlamu i cichego klaskania. Wyprężył się , zamarł i zwiotczał.
Było po wszystkim.
To klaskanie przywabiło psy taty, które radośnie ujadając rzuciły się do witania, wywracając łódż. Po chwili zjawił się tata z bosakiem w ręce.
Tym bosakiem pomógł nam się wydostać z bagienka i poprosił do domu. W domu wobec lekkiej różnicy poglądów zadzwonił na milicję. Milicjanci z dużą satysfakcją zgarnęli mojego lubusia. Znali go z kłusowań na węgorza.
Pojechałam za nimi, sprawa była poważna. Tato powiedział że jestem nieletnia, a oni uwierzyli, bo chodziłam do ósmej klasy liceum. Nie wiedzieli że siedziałam dwa lata w jednej klasie, a z poprzedniego liceum urszulanek zostałam usunięta za przyjażń z katechetą.. Młody policjant dał się przekonać prawdzie po tym jak usiadłam na jego kolanach wiercąc się w poszukiwaniu wygody. W poczekalni siedział na krześle mój bojowy wielbiciel. Opuściliśmy posterunek szczęśliwi, wyczerpani. Tzn. ja byłam wyczerpana. I szczęśliwa.

Prawda jest jedna, bez względu na to ile osób w nią wierzy.
Ilona

Opublikowane w: on kwiecień 30, 2009 at 10:03 Komentarze (2)

Najdłuższy weekend nowoczesnej Europy.

W zamierzchłych czaszch, gdy świętowanie Trzeciego Maja uznawane było za heroizm na krawędzi szaleństwa, piątkowy pierwszy i sobota z niedzielą po nim wydawały się darem z KC.
Jeden z takich łykkendów zaplanowałem z kolegami na kempingu nad jeziorem Czocha. wykupiliśmy pięć obszernzch domków z dostępnymi wówczas luksusami, takimi jak: przejściowo ciepła woda, leżaki drewniane, parasole słoneczne. planowaliśmy oddać się brydżowi, pogawędkom i podziwianiu urody paru dziewczyn ze szkoły rzemiosł artystycznych , zapewniających servis i katering (wtedy to się nazywało: Kazia podaj kanapki, albo: Rózia, ta spódnica Ci nie pasuje)
Dziewczyny podawały ochoczo i ochoczo pozbywały się niegustownych spódnic. Doceniały swobodę i gust sponsorów.(tzn. swoją swobodę).
Swobodę wyzwalała żytnia halbe halbe z kirchberry i żubrówka z musem jabłecznym.
Telefonów komorkowych nie było, więc zagrożenia nie czuliśmy.
Błąd. W stanie mojej poluzowanej czujności zadzwoniła moja owczesna bieżąca kuzynka na receppcję kempingu, a recepcjonistka bezmyślnie poprosiła mnie do telefonu.
Kochanie – jesteś tam?
Nie kochanie – tu jestem.
Aha. A co tam robisz?
Tu. Gramy w brydża, Rozmawiamy, Sączymy drinki, Podziwiamy naturę.
Ta natura ją zaniepokoiła.
To ja też chcę posączyć i pogadać. Z kim tam gadasz?
Tu. Jest Tadek, Rychu, Duży Rychu. Kiepo, Robert. Zle byś się czuła. Jesteśmy trochę zanierzeżwieni
A kiedy kończycie?
Planujemy w niedzele rano rozpocząć kończenie brydża. W poniedziałek będę w domu.
Kuzynka energicznie odłożyła słuchawkę, a ja lekko zaniepokojony wróciłem do zjęć.Po chwili zadzwoniła żona Rycha. Recepcjonistka doniosła o tym z satysfakcją, ale dało to nam czas na zacieranie śladów
Servis sprawnie odesłaliśmy na szczaw i rozłozyliśmy karty.
Po godzinie pojawiły się Zony, Matki i Kochanki, wprowadzając miłe urozmaicenie do rutyny sesji brydżowej.
K.L.daV. w podróży

Ps. W linkach “sprawdziłem” znajdziecie nowy link( do KAWY) a powody powieszenia wyłuszczam na blogu “toteramy” zalinkowanym w “TERRA KOTA”

Opublikowane w: on kwiecień 27, 2009 at 10:55 Dodaj komentarz

Akceleracja

Około 5000 tysięcy lat temu ludzkość wynalazła konia. Podobno – bo znalezienie zagród z końskim gównem i gnatami nie dowodzi parcouru czy maneżu. Być może były to resztki po bankietach przodków.
Po następnym tysiącu lat(prawdopodobnie) wymyślono koło i był to dla cywilizacji moment przełomowy. Jak odkrycie fermentacji dla kultury. Jedno koło miało żałośnie ograniczone zastosowanie, poszerzone dopiero przez Tomasa deTorquemadę w piętnastym wieku. Tytani postępu wymyślili więc drugie koło. To już było coś. Rydwan, riksza.. Tytani kultury znależli sposób na ekstrakcję psylocybiny z sosu grzybowego. I musieliśmy czekać wieki na trzecie i czwarte koło, na Witkacego i na Vincentego van Gogha.. Pożniej przyśpieszenie było szalone. A za naszego życia poza kontrolą.
Ale przyśpieszanie to dotyczyło nauki, techniki. I choć to daVinci, Żul Verne, Lem byli tymi których wizje zrealizowano, to jednak kultura wydaje się rozwijać liniowo a nauka postępuje geometrycznie.
I żadne ptaki z płetwami nie są piękniejsze od rysunków z Lascaux, z okresu kultury magdaleńskiej (To nie jest nutka polityczna). Jesteśmy inwigilowani, podsłuchiwani, podglądani, mierzeni, ważeni, poprawiani, psuci, za naszą wiedzą i bez niej. W dalszym ciągu wydaje się jednostkom że brak konta, próba zaprzyjażnienia z kotem, czyni ich wolnymi. Że ekscytowanie się i podniecanie hasłami o wolności dla opóżnionych, czyni ich lepszymi. To tylko złudzenie dla nienadążających za wzrokiem.
K.L.daV. w podróży do końca światła

Opublikowane w: on kwiecień 22, 2009 at 15:36 Komentarze (5)

Półprzyklęk.

Ze stosownego półprzyklęku wrażającego skruchę , piszę sobie (i wam) nutkę.
W dawnych czasach feudalnego komunizmu – gdy kłusowali: sekretarz z plebanem, a naganiał wójt z PSLu – sekretarz był broni myśliwskiej niezwyczajny. Pudłował do zajęcy świątecznych, klnąc bez umiaru. Kłusowali naturalnie na zwierzynę, kłusować w sensie joggingu nie musieli. Przyjechali wzpasioną wołgą. Po kolejnym pudle skomentowanym przez sekretarza(o kur.. znowu …rdolonego kota nie trafiłem) i ostrzeżeniu o nieuchronnej karze, padł grom niebieskiego nieba i zabił plebana. Pleban padł. Padł też stentorowy głos: “o k…a znowu nie trafiłem”.

Preteksem jest nius No.1 z dzienników. Pleban jakiejś dziury umyślił sobie wjazd do historii po stronach Guinessa. Zakomponował park krajobrazowo religijny z Drogą Męki Pańskiej(dużą literą piszę żeby tego gromu uniknąć) o długości czterdziestu kilometrów i naturalnej wielkości krzyżami dla penitentów.
Uzasadnił to logicznie. Penitenci mają się wyciszyć, wczuć i zmęczyć jak Pan. Przybijania nie planował.
I chyba dlatego wywód zakończył:
“Ci to chyba na szczęście nie zmartwychwstaną”

Dlatego piszę kruszejąc w niewygodnej pozycji.

Wasz K.L.daV.

Opublikowane w: on kwiecień 12, 2009 at 09:29 Komentarze (3)

GENERAŁ.

Pozwoliłem sobie na przeklejenie poruszającego wiersza generała B.Wieniawy Długoszowskiego, wydobytego z lochu komentarzy. Naturalnie wiersz wydobyty, Generał od 1990r pochowany jest na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

On kwiecień 2, 2009 at 00:57 justyna Said: |Edytuj

Moja Babcia była zakochana w generale Wieniawie i w pamiątkach po niej znalazłam wiersz, który generał napisał, bowiem był on bardzo utalentowanym człowiekiem , niezwykle barwnym i walecznym.

Bolesław Wieniawa – Długoszowski
UŁAŃSKA JESIEŃ

Przeżyłem moją wiosnę szumnie i bogato
Dla własnej przyjemności, a durniom na złość,
W skwarze pocałunków ubiegło mi lato
I szczerze powiedziawszy – mam wszystkiego dość…

Ustrojona w purpurę, bogata od złota
Nie uwiedzie mnie jesień czarem zwiędłych kras,
Jak pod szminką i pudrem starsza już kokota,
Na którą młodym chłopcem nabrałem się raz.

A przeto jestem gotów, kiedy chłodną nocą
Zapuka do mych okien zwiędły klonu liść,
Nie zapytam o nic, dlaczego i po co,
Lecz zrozumiem, że mówi: ,,no, czas bracie iść”.

Nie żałuję niczego, odejdę spokojnie,
Bom z drogi mych przeznaczeń nie schodząc na cal
Żył z wojną jak z kochanką, z kochankami – w wojnie
A przeto i miłości nie będzie mi żal…

Bo miłość jest jak karczma w niedostępnym borze,
Do której dawno nie zachodził nikt,
Gdzie wędrowiec wygodne znajdzie czasem łoże,
Ale – własny ze sobą musi przynieść wikt.

A śmierci się nie boję – bo mi śmierć nie dziwna
Nie słałem na nią Bogu nigdy nudnych skarg
Więc kiedy z śmieszną kosą stanie przy mnie sztywna
W dwu słowach zakończymy nasz ostatni targ.

W takt skocznej kul muzyki, jak w tańcu pod rękę
Włóczyłem się ze śmiercią całkiem, za pan brat”
Zdrową głowę wsadzałem jej czasem w paszczękę,
Jak pogromca tygrysom, którym wolę skradł.

A potem mnie wysoko złożą na lawecie
Za trumną stanie biedny sierota mój koń
I wy mnie szwoleżerzy do grobu zniesiecie
A piechota w paradzie sprezentuje broń.

Do karnego raportu przed niebieskie sądy
Duch mój galopem z lewej, duchem będzie rwał,
Jak w steelu przez eteru przeźroczyste prądy
Biorąc w tempie przeszkody z planetarnych ciał.

Ja wiem, że mi tam w niebie z karku łba nie zedrą,
Trochę się na mój widok skrzywi Święty Duch,
Lecz się tam za mną wstawią Olbromski i Cedro,
Bom był jak prawy ułan: lampart, ale zuch.

Może mnie wreszcie wsadzą w czyśćcu na odwachu
By aresztem… o wodzie spłacić grzechów kwit,
Ale myślę, że wszystko skończy się na strachu
A stchórzyć raz – przed Bogiem – to przecie nie wstyd.

Lecz gdyby mi kazały wyroki ponure
Na ziemi się meldować, by drugi raz żyć
Chciałbym starą wraz z mundurem wdziać na siebie skórę,
Po dawnemu… wojować… kochać się… i pić.”

I jeszcze dwuwiersz generalski:

„Przez całe życie ta miłość mnie goni.
Do pięknych kobiet, koniaku i koni.” B.W.D.

Opublikowane w: on kwiecień 3, 2009 at 12:19 Komentarze (1)

Kolega i Ja.

Minęło półtora roku od mojego powrotu do Polski z podróży. Ostatnie miejsce pobytu było śliczne. To była dzielnica Ffm – Hoechst.Mieszkałem z Tolą na Bolongaro w starej kamieniczce której fronton był szerokości czterech metrów. Na dole miałem recepcję warsztatu, a od podwórka widok na Main i piętnastowieczny zamek.
Starówka jak z bajki, nowa część to okropny Industriepark.
Zycie toczyło się na Bolongarostrasse obecnie wyglądającą tak, Koenigsteinerstrasse kiedyś wyglądającą tak i Hostatostrasse.
A ja na spacerach toczyłem się na rowerze lub skater in line nad brzegiem Mainu obok nowego i starego zamku
Parkowaliśmy nasze małe autko za 31 euro miesięcznie na podwórku st.Josef , a wcześniej za friko na bezpłatnym parkingu nad Mainem , do auta schodziliśmy w trzy minuty przez starą bramę celną. Do centrum Ffm, najczęściej jeżdziliśmy 12,5 minuty z lokalnego bahnhofu Teraz wygląda tak. Wysiadaliśmy po tych kilku minutach na hauptbahnhofie w centrum Ffm
Na spacer który opisałem w nutce “Porozumienie” popłynęliśmy z rowerami promem . Wszystkie formalności związane z pracą i pobytem w zasadie były do załatwienia w jednym miejscu W następnej nutce opiszę krótko inne piękne miejsce: dzielnicę Sachsenhausen – centrum małych knajp z irlandzkim temperamentem i klmatem wiszącej w powietrzu awantury, jazzem na żywo, piękną architekturą z pruskiego muru.
Zanotowałem trochę różnic, nierzadko utrudniających zrozumienie między narodami. Niemiecki kelner mówi po przywołaniu “Ja?”, polski mówi “kolega”. Nie ma bigosu w jadłospisie, w Polsce jest wszystko, nawet to czego nie zamawialiśmy.
Ale idzie żyć
K.L.daV.

Opublikowane w: on kwiecień 1, 2009 at 11:33 Komentarze (2)

American Staffordshire Terrrier “Dracula” versus Gyrinocheilus Aymonieri. Koniec Zlotej Rybki

Po latach polerowania Europy (od 89 r.) i wobec nieuchronnnie zbliżającej się stabilizacji wiecznej, postanowiłem z Tolą znów połączyć się z macierzą. Wybraliśmy piękny zakątek w masywie Beskidu. Raj: sosny, świerki, Małysz, źródełka, świstaki. Nierzadko odśnieżany. I nie wszędzie.

Przeprowadzka, logistycznie bez zarzutu przebiegała sprawnie. Do czasu. Zapomniałem że jedno z fundamentalnych praw Murphy’ego “Jesli coś może pójść źle, to na pewno pójdzie”, obowiązuje.

Schody zaczęły się na granicy ( koniec żartów, zaczynają się schody, rzekł pułkownik Wieniawa-Długoszowski do kobyły, wjeżdżając do “Adrii” na kolację). Kiedyś wam przybliżę postać pana pułkownika – który jest absolutnie renesansowy, pomimo bycia adiutantem Pana Marszałka Piłsudskiego.

Na tylnym siedzeniu auta, w akwarium kształtu kuli płynęła do Polski rybka, pomiędzy Drakulą a widokami na przyszłość. Drakulę już znacie, widoki są mgliste, a rybka była Glonojadem Syjamskim Złocistym. Zwana dalej Złotą Rybką. Dwuletnia, niewymagająca, czasem wyglądająca dystyngowanie, życzeń nie spełniała. Kwintesencja Splendid Isolation. Nie poznałem przyczyn dla których to zwierzę płynęło do Polski. Przed paru latyTola dostała akwarium w kształcie ogromnego kielicha i prezent wydał jej się niekompletny. Kiedyś wróciła z zakupów ze słoikiem pełnym rybki. Rybki według mnie składają się przeważnie z ości, pęcherza pławnego wypełnionego portowym zaduchem no i z rzadka składają kawior.
Co to? – zapytałem z niedowierzaniem że to obiad .

Gyrinocheilus aymonieri – poinformowała mnie złośliwie – nic nie żre, dodała na wszelki wypadek.

No i rzeczywiście. Syjamczyk obżerał szkło naczynia. Tola jest osoba rozrzutną nie do przesady. Glony rozwijają się dzięki fotosyntezie z rożnych azotów i czegoś tam jeszcze. A glonojad, jak nazwa wskazuje itd.

Niestety, nie miał dokumentów tożsamości i zaświadczen lekarskich. Drakula – mój staffik – miał dwa legalne paszporty, ja legalny dowód i nieważny pass, Tola jeden, a ten lizojad żadnego .
Szlifowaliśmy więc niemieckie 560 km autobahnu od Ffm do Jędrzychowic, radosnie oczekując przekroczenia granicy. Rybka zawijała złotym ogonem, Draki zawijał czarnym, ja nie zawijałem bo musiałem koncentrować się na drodze. Tola nie miała czym zawijać. Prócz jęzora natürlich. Kolejki na przejsciu nie było, podjechaliśmy pod ten kiosk straży i celnikow.

Niemieccy urzednicy grzecznie poprosili o dokumenty i po chwili podali polskim. Auto było zapakowane po antene GPS i boczne drzwi były zablokowane, aby dorobek życia nie wypadł.

Coś do oclenia? – zapytał polski celnik.

Nic – odpowiedziałem nie kłamiąc od dłuższego czasu.

Dokumenty zwierzat proszę.

Ma pan w ręce.

A ryby?

Szczęka mi opadła i sam zrobiłem karpia.

Musimy zwierze zatrzymać

Tola zbladła, bo była ze “zwierzem” emocjonalnie silnie związana( gdybyscie mieli przyjaciela,ktorego karmilibyscie latami, wyprowadzali na spacery, tez bylibyscie zwiazani), Złota nigdy nie przerywała jej monologów.

Musimy ustalic długość kwarantanny, przeprowadzić badania. Koszty poniosą państwo.

Teraz zbladłem ja

Proszę otworzyć drzwi. I bagaznik – dodał

Pociągnął za klamkę i złota rybka popłynęła na jego spodnie wraz z zieloną wodą, a moj amstaff zdenerwowany, skoczył mu do gardła.
Draki, skacząc z niewygodnej pozycji, nie trafił na gardło zielonego, ale pourywał mu guziki. Kątem oka dostrzegł rybkę wachlującą się ogonem, a szczerze jej nienawidził. Rybka była juz nie do odzyskania. Mniejsza o lizojada, choc Tola dostała spazmow. Czarno widziałem przyszłość Drakiego. Wszystkie słuzby na swiecie nienawidzą tej rasy jak Draki rybek.

Sprawa stała się mocno skomplikowana. Czy należało teraz wziąć na kwarantanne psa, czy zeżarcie rybki nie było próbą zatarcia dowodu proby przemytu?

Ryk śmiechu niemieckich celnikow otrzeźwił nasze słuzby i po sporzadzeniu notatki podniesiono szlaban.

W czwartek dostałem pismo żądające wyjaśnienia zajścia.

Poczytajcie moją odpowiedź.

Uprzejmie informuję że w dniu itd., funkcjonariusz strazy granicznej wdarł sie bez uzasadnienia do mojego auta, czym doprowadził do śmierci glonojada syjamskiego, o wartosci znacznie przekraczajacej wartość rynkową z uwagi na przywiązanie mojej rodziny do wieloletniego przyjaciela jakim była. Brutalne wtargniecie spowodowało atak mojego spokojnego zawsze psa, w obronie miru domowego ogniska i złotej rybki. Rybka została zjedzona dla skrocenia jej męczarni przez psa marki Amstaff, imieniem Dracula.
Odrzucam kategorycznie wszelkie roszczenia dotyczące zniszczonego munduru nieodpowiedzialnego urzędnika i rezerwuję sobie prawo do żądania odszkodowania za rybę w wysokosci kosztow jej siedmioletniego utrzymania i ceny rynkowej, oraz szklanego dziesięciolitrowego akwarium.

Nutkę tę, nieznacznie fabularyzowaną, dedykuję Małgosi (link obok), która jak Amstaff wdarła się do czołówki piszących w WordPress i mam nadzieje że tam pozostanie powodując krzywy zgryz kolżanek .

To trzy texty tworzące jedną całośc z listopada 2007
Moje obecne stosunki z Małgosią straciły na intensywności.
K.L.daV.

Opublikowane w: on marzec 31, 2009 at 17:56 Komentarze (5)

NIĆ. Proces na jej końcu

Piszę tą nutkę dla Małgosi, ktorą z żywymi łączy cienka nić neostrady. Chcę zrobić to szybko, aby się temat nie zmarnował, gdyby Małgorzatce się poprawiło. Albo pogorszyło. Moja słabość do niej jest znana (do Małgosi, nie do nutki).

Wiele lat temu, krótki czas mieszkałem w Jel. Gorze, w mieszkaniu kuzynki, ktora wyjechała do Wrocławia i tam mieszkała u mnie. To była piękna niemiecka secesyjna willa, dwupiętrowa.
Mieszkałem na parterze, przed oknami miałem 2oom kwadrat. ogrodu. Ogród był zapuszczony, chwasty do 2m wysokosci, a używałem go do opalania się i integracyjnych bankietów rodzinnych z kuzynostwem.
Graniczyłem przez druty obozowe z sąsiadem. Jego ogród był ślicznie zadbany, równe grządki, pobielone drzewa. I zero plonów.
U mnie gałezie trzeba było podpierać na jesieni tyczkami, aby pod owocami sie nie łamały . Owoce były ogromne i pelne białych ślicznych roboli.
Pewnej soboty, po zakupach których podstawa była kirchberry, żytnia, gin, tonic, apfel schorle ,wróciłem do domu. W moim ogródku sasiad ciężko pracował łopatą. Spokojnie zostawiłem torbe, wstawiłem kurę kalekę z jedną nogą na rosół i poszedłem zobaczyc co ten pieprzony emeryt zamierza. Wyglądało to na aneksje ogrodu, drut był zlikwidowany, a chwasty w kącie ogrodu, na pryzmie do pierwszego piętra.
Spodziewałem się wyjaśnien.
Niesłusznie. Sasiad strzelił mnie szpadlem w czaszke. Zaniepokojony trzasnąłem go pięknam prostym z podparciem ciałem w nos. Opuścił moj ogrod bezzwlocznie i stromotorowo, wypuszczajac szpadel z łap. Zabrałem szpadel i poszedłem do domu pilnować kaleki w garze, ale zanipokoiła mnie dziwna lepkosc płynąca na oczy. To był pokazny strumyk krwi. Polazłem bez przekonania na milicje. Był tam juz sąsiad z nosem w okolicach lewego ucha(jestem praworeczny)

Po spisaniu zeznań agresora, milicjant zainteresował się mną. Spojrzał na moj czerep i kazal się natychmiast ewakuować na pogotowie. Podejrzewal ze mogę mieć wstrząs mózgu, a on kłopotów sobie nie życzy. Pieszo udałem sie do szpitala na Jagiellonskiej. Tam znowu wyprzedził mnie zaborca, czekal juz na prostowanie drog oddechowych.

Usiadłem na krzesle i czekałem na rentgena czaszki. Uprzejmie zapytałem sasiada o zdrowie, ale odpowiedzi nie zrozumiałem, chyba mial kłopoty z nosem, może polipy. Po godzinie zrobiono mi zdjęcie i kazano czekać.
Po następnej, zza zakrętu wypadlo dwóch sanitariuszy, z piskiem opon łóżka wyrobili zakręt i zatrzymali się przy mnie.
Teraz wszystko potoczylo sie jak na przyspieszonym podgladzie Chwycili mnie wprawnym ruchem i umieścili na tym łóżku. Pognali do windy. Po chwili byłem w gabinecie lekarza.

Ma pan pękniecie pokrywy czaszki na dlugosci 7 cm i szerokosci 5mm.
Zemdlałem.

Z błogiego omdlenia wybudziło mnie szczypanie w czerep.To chirurg spinał mi skóre i przywracał standardowy kształt czaszki.
Po zakończonych czynnosciach sanitariusze rzucili mnie na lóżko i powiezli na sale. W przelocie dostrzeglem grabarza z pięknie wystajacymi sączkami z dziurek nosa . Nos byl juz skierowany we wlasciwą stronę. Po dostarczeniu na dziesięcioosobową salę, sanitariusze wysypali mnie na łóżko. Zrobiła się cisza. 66 zostało przerwane i doszły mnie szepty wspołczującyh pacjentow. Po chwili jeden stwierdził; gramy dalej, on dzisiaj jebnie.
Usiłowałem się podnieśś, ale podbiegło dwóch i stanowczo choć łagodnie ułożyło mnie z powrotem. Musiałem do toalety. Przyszła siostrzyczka i sprawnie włozyła mi pod kołdre kaczke. Jakoś poszło.
Była siódma, pora kolacji.To były moje pierwsze chwile rafleksji. Na kolacje dostalem dwa plastry chleba, kawałek margaryny, łyżeczkę dżemu i trojkątny ząbek topionego serka. Myślałem że pomylili pacjentów. Wyjaśniłem ze mam pęknięcie pokrywy czaszki, a nie wrzodów na żoładku.
Jednak kolacja była dla mnie.
Ubrany byłem w koszulkę rozową w niebieskie kwiatuszki, z białymi lamówkami i niedopinającą się na piersiach – mam trójkę(rozmiar, nie trojkę piersi). Koszulka siegała do trzech centymetrow poniżej pępka. Po “kolacji” przylazł lekarz. Kazał siotrze zmierzyc mi temperature. To był pretext zebym się zatkał. Piguła wcisneła mi termometr w usta i sobie poszła, a lekarz przedstawił prognozy. Peknięcie było bez komplikacji, więc głupszy nie będę. mam lezeć miesiąc na plecach bez ruchu i się relaksowac, a po miesiacu sie zobaczy.
Stanał mi przed oczami ich fundusz żywieniowy i moja kura w rosole, A w lóżku kuzynka popijająca żyto z kirschberry i mineralną. Wspólpacjenci dobijali mnie mówieniem szeptem. Po zakoNczeniu tysiąca, czy innej gry – podeszli do mnie sie pożegnać.
Pierwszą noc spędziłem spokojnie i bez sensacji .Myslę że mnie napakowali psychotropami. Ale nic to. Obudziłem sie dość świeży. Zaraz sobie przypomniałem że nie mam pasty do zębów, nie mogę się umyć, a śniadanie będzie podobne kolacji. Wstałem równiutko i pomaszerowałem do pokoju lekarzy. Chorzy w pokoju przekonani byli ze to moj ostatni spacer. Lekarz zdziwil sie i kazał mi wracać do wyra, a ja mu kazałem natychmiast mnie wypisać. Po wypełnieniu oświadczenia że robię to na wlasną odpowiedzialność, po przeskoczeniu problemu z osobistymi rzeczami, (była niedziela) spacerkiem udalem się do domu.
Rosoł był goracy, kuzynka byla goraca, a ja sobie leżałem spuszczajac aktywnosc na jej fantazje.
Chorzy mają swoje przywileje.
Caly miesiac chodzilem i spalem w futrzanej kozackiej papasze. Na wypadki nieprzewidziane zamieszkala u mnie kuzynka swiadcząca wszechstronną opiekę. Postanowilem koszty opieki odzyskać. Pozwalem emeryta do sądu. Miałem dokumenty ze szpitala – niestety tylko z jednego dnia pobytu.
Niestety również sędzina okazała się jedną z bylych kuzynek.

Imię i nazwisko proszę.
Nic się nie zmienilo od ostatniego razu – odpowiedzialem zgodnie z prawdą, ale lekkomyslnie.
Lekki bulgot sędziny nakazal mi większą czujność – imię i nazwisko?
Podalem kolejno zadane dane, nie pomijajac ze znowu jestem wolny, to moglo złagodzic pryncypialnosc wysokiego wymiaru sprawiedliwosci .
Proszę opisać zajście.
Opisalem lekko tylko koloryzując – wysoki sad znal mnie przecież i moją sklonność do fabularyzacji.
Watpliwości sądu wzbudzila sekwencja zdarzeń. Agresor twierdzil, ze to ja pierwszy go uderzylem, a on w obronie przylozyl mi szpadlem. Na szczescie szpadel zabralem do domu, wiec jego wersja upadla.
No i fakt że z tak poważnymi obrażeniami po 12 godzinach opuscilem szpital. Ta kretynka nigdy wiocznie nie byla w szpitalu, nie lubila rosolu, i nie miala biezacego kuzyna.
Uznala w końcu mój pozew, przyznala odszkodowanie, kierując się ciężką sytuacją emeryta i sprawiedliwoscią spoleczną przyznala mi niewielkie odszkodowanie.
Czy strony zrozumialy wyrok?
Ja nie – odpowiedzialem
Czego powod nie zrozumial?
Jaki ma zwiazek wysokosc odszkodowania za moje utracone zarobki i koszta zwiazane z leczeniem, z trudna sytuacja tego faceta.
Prosze uzywac formy “pozwany”
Mialem dosc. Dodatkowo sąd w swej wyrozumialosci rozłozyl mordercy sumę na raty.
Bylo to w czasach gdy za calość moglem synowi kupic rower. za pierwszą rate kupilem mu tornister, nastepne starczaly kolejno na : piornik, wieczne pioro, dlugopis z rozbierajaca sie panią, gumkę myszkę.
Inflacja.
Moglem mu pozwolić ten ogródek skopać w całości.

Wasz Kot L.d`V. w podróży do końca swiatla.

Opublikowane w: on marzec 26, 2009 at 00:43 Komentarze (1)

Kon

Zdarzenie miało smaczek horroru, a opowiedział mi kolega z wydz. weterynarii AR. W tym czasie modna byla dyskoteka w T4, akademiku na pl. grunwaldzkim. Tam przy winku grzanym mało wiarygodny konfabulator zwierzył mi sie skad jego obecne problemy, zakonczone dziekanka.

W czasie ćwiczeń w grupie kolegow w lecznicy zwierzat, asystent prezentował konia w boxie, jego choroby, zwyczaje itd. Prezentacje konia i swojej niebywałej wiedzy zakonczył uwagą że przedstawiony egzemplarz gryzie.

W tym momencie Rychu (kolega narrator, nie kon) wbił paluchy w ramie koleżanki przed nim, a stali tyłem do konia. Kolezanka po ciałach kolegow i asystenta uwolniła się ze śmiertelnego chwytu (zebami w jej przekonaniu) i po wybiciu szyby w przeszklonych drzwiach popedziła w dal. Złapano ja w okolicy klinik AM, i tam udzielono pierwszej pomocy.

Na weterynarie nie wrociła, uznała ze to niebezpieczny kierunek.

Rychu po okresie stosunkowo lekkiej kary, ktora spędził na pędzeniu bimbru i prowadzeniu mety, wrocił do kochanych pets. Nikt nie potrafił udowodnić, że on był powodem galopu dziewczyny.

Nie wiem czy konia przerobiono na kiełbasy.

Opublikowane w: on at 00:11 Dodaj komentarz

Nutki.

W czasach, kiedy jedyną oplacalną, prywatną inicjatywą było prowadzenie mety z vistulą, zostałem delegowany przez kuzynki po poł litra. Adres mety i hasło podały kuzynki. Było to w rejonie Jednosci Narodowej we Wrocku. Na piętrze otworzyła pani lekko niedoubrana.

No? – zapytała bez kokieterii.

Przyszedłem do Wacka po nuty – rzuciłem hasłem.

Z toalety na połpietrze wyszedlł facet dopinając spodnie.

Kto to? – zapytał.

Jakiś facet do ciebie po nuty – poinformowała go pani.

Ja ci kurwo dam nuty – poinformował pan z dowcipów o godzilli panią – a może mnie.

Zbiegłem po trzy stopnie nie czekając na nuty, łukiem kurskim omijając pana.

Wasz Kot LdV na drodze.

Opublikowane w: on marzec 18, 2009 at 14:23 Komentarze (1)